[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie!
Na szczęście dziewczyny nie zauważyły przerażenia zawartego w tym
gwałtownym okrzyku. Upojne noce w hotelu! Miesiąc miodowy! Tego nie było
w planie. Ale czego właściwie się boi? Przecież zgodziła się spędzić dzisiejszą
noc w apartamencie Kane'a. Czy to nie wszystko jedno?
Nie - odpowiedziała sobie w duchu.
Pózniej państwo młodzi pokroili weselny tort i Maggie rzuciła ślubny bukiet.
Przyjęcie dobiegało końca. Maggie i Kane przebrali się, a następnie, odprowa-
dzani wesołymi okrzykami gości, ruszyli do samochodu.
- Niesamowite! - odezwała się Maggie, gdy auto ruszyło. - Przyszło tyle lu-
dzi... okazali nam tyle życzliwości, tyle serca... Jestem tak wzruszona, że chyba
się zaraz rozpłaczę.
Co za paradoks! Gdy jechali do klubu, też z trudem powstrzymywała łzy, ale
z innego powodu. Zerknęła ukradkiem na Kane'a i poczuła, że serce podchodzi
jej do gardła. Naprawdę byli małżeństwem.
R
L
T
Apartament w hotelu prezentował się niezwykle imponująco. Okrągłe łoże,
dwie łazienki, wanna z jaccuzzi i zapierąjący dech widok z okien - chicagowskie
drapacze chmur i jezioro Michigan. Na młodą parę czekał ogromny kosz z owo-
cami, wspaniała bombonierka, butelka szampana i dwa wysmukłe kieliszki.
Wszystko, czego potrzebują nowożeńcy. Tylko że oni nie stanowili typowej
pary.
Oboje mieli tę świadomość i oboje czuli się nieswojo. Rozpakowali bagaże,
odświeżyli się, a potem niepewnie popatrzyli po sobie.
- Chodzmy się przejść - zaproponował Kane.
- Ale na dworze jest okropnie zimno  zaoponowała Maggie.
- No to ubierzemy się ciepło. - Wyciągnął do niej rękę. - Chodzmy. Pój-
dziemy na Navy Pier. Popatrzymy na je- zioro, pooglądamy wystawy.
Podała mu dłoń.
- Zgoda - przystała.
Uśmiechnął się. Miała do niego zaufanie, to dobry początek.
Na molo było zupełnie pusto, zimny wiatr znad jeziora nie zachęcał do spa-
cerów. Mimo to przeszli się trochę, tuląc się do siebie i osłaniając twarze przed
zimnymi podmuchami. Wreszcie mieli dość. Schronili się w pasażu i wraz z tłu-
mem turystów przechadzali się między sklepikami i kafejkami. Kane kupił hot
doga, ale Maggie nie chciała nawet spróbować. Przejęta i wyczerpana dzisiej-
szymi przeżyciami nie czuła w ogóle głodu. Usiedli na drewnianej ławeczce i
przyglądali się, jak klown zabawia gromadkę dzieci.
- Za parę lat nasz maluszek będzie taki jak one - powiedziała mimo woli.
R
L
T
- Nie tak szybko! - zaoponował Kane, zlizując z palca
musztardę. - Wszystko w swoim czasie. Najpierw musimy nacieszyć się nie-
mowlęciem.
Maggie popatrzyła na niego badawczo.
- Dlaczego do tej pory nie chciałeś mieć dzieci?
- No wiesz? Przecież to jasne jak słońce. Z dziećmi są same kłopoty. Ciągle
trzeba się nimi zajmować.  Machnął ręką w stronę przedszkolaków. - Hałasują,
wrzeszczą, stale czegoś chcą. Bez przerwy domagają się słodyczy i jęczą o za-
bawki. - Wzruszył ramionami. - Wieczne urwanie głowy.
Popatrzyła na niego ze zdumieniem.
- Nie lubisz dzieci? - zapytała.
- Nie mów tak głośno - szepnął, wskazując głową na przysłuchujące się ich
rozmowie maluchy. - Faktem jest, że za nimi nie przepadam.
Maggie zamyśliła się.
- A dzieci Marka? - spytała.
- To co innego. To wyjątkowe szkraby.
- Aha. - Uśmiechnęła się.
- No cóż... - Popatrzył na nią nieśmiało.
Maggie, kierując się nagłym porywem, objęła go ramieniem. To mu się
spodobało. Nawet bardzo. Dlatego powinien uważać.
R
L
T
Do hotelu wrócili taksówką. Kane rozciągnął się na szerokim łóżku, a Mag-
gie usadowiła się wygodnie w przepastnym fotelu. Włączyli muzykę i słuchali w
zgodnym milczeniu. Maggie wydawało się, że Kane usnął. Patrzyła z radością na
jego wspaniałą sylwetkę. Jak by to było, gdyby tak położyła się obok niego...
Po pewnym czasie Kane poruszył się.
- Musimy rozstrzygnąć dwie sprawy - odezwała się Maggie.
- Uhm... - odparł sennie.
- Najpierw należy coś postanowić w kwestii kolacji. Po drugie, co ze spa-
niem?
Kane usiadł na łóżku.
- Myślisz, że byłoby dziwne, gdybyśmy zadzwonili do recepcji po materac?
Rzeczywiście, to najlepsze rozwiązanie, ale nieco niezręczne. Dopiero by się
zaczęły plotki!
- Nowożeńcy proszą o materac? - skrzywiła się. Nie, to nie wchodzi w grę.
Kane miał minę, jakby czytał w jej myślach.
- Zajmiemy się tym pózniej - zdecydował. - Na pewno coś wykombinuje-
my. A co się tyczy kolacji, to Jill pomyślała o wszystkim. Wystarczy zadzwonić
na dół i powiedzieć, że mogą podawać. Moja kochana i znająca się na rzeczy
bratowa zaplanowała wyjątkowe menu. Przyniosą nam do pokoju.
Kolacja była rzeczywiście wyborna Wprawdzie Maggie podejrzewała, że Jill
zajęła się wszystkim, aby oni nie musieli opuszczać apartamentu nowożeńców,
R
L
T
ale nie powiedziała tego głośno. Cały wieczór gawędzili, oglądali telewizję, aż [ Pobierz całość w formacie PDF ]