[ Pobierz całość w formacie PDF ]

uchu najmniej czujnego słuchacza  a jak spostrzegł przed chwilą, brak czujności w
nasłuchiwaniu był ostatnim zarzutem, jaki można było postawić wartownikom na tamie. Musiały
mu więc wystarczyć jego wrodzone talenty i ogromne doświadczenie, jakie zdobył w ciągu wielu
lat wspinaczki po górach, wspinał się zatem dalej tak jak wspinał, pocąc się obficie w
hermetycznym gumowym kombinezonie, podczas gdy znajdujący się już kilkanaście metrów pod
nim Miller wpatrywał się w górę z takim nerwowym niepokojem, że chwilowo zapomniał, iż stoi
niebezpiecznie na szczycie ukośnej drabiny i jest w opresji, która w zwykłych warunkach
przyprawiłaby go o umiarkowaną histerię.
Także Andrea wpatrywał się w tej chwili w coś, co znajdowało się w odległości jakichś
piętnastu metrów od niego, ale trzeba było nie lada rozwiniętej wyobrazni, aby dopatrzyć się w
jego nieforemnej twarzy choćby śladu napięcia. On również, tak jak przed momentem
wartownicy na zaporze, bardziej słuchał, niż patrzył. Ze swojego miejsca widział jedynie ciemną,
bezkształtną mieszaninę mokro połyskujących głazów i płynącą wartko obok nich Neretvę. Nie
było tam żadnych śladów życia, ale oznaczało to tylko, iż Droszny, Neufeld i ich żołnierze,
dostawszy surową nauczkę  Andrea nie mógł wiedzieć, że Neufeld został ranny  posuwali
się cal po calu czołganiem. Nigdy nie opuszczając bezpiecznej osłony, póki nie wypatrzyli
następnej.
Upłynęła minuta, a wówczas usłyszał nieunikniony dzwięk  ledwo dosłyszalny trzask,
klekot dwóch uderzających o siebie kamieni. Oszacował, że dobiegł go z odległości około
dziesięciu metrów. Skinął głową, jakby go to ucieszyło, odbezpieczył granat, zaczekał dwie
sekundy, a potem delikatnie, wysokim łukiem rzucił go w dół rzeki i przypadł płasko do ziemi za
osłoną głazu. Rozległ się charakterystyczny głuchy huk eksplozji i na krótko rozbłysło białe
światło, w którym mignęły wyrzucone w bok ciała dwóch żołnierzy.
Odgłos wybuchu dotarł wyraznie do uszu Mallory ego. Nie poruszył się, pozwalając
sobie jedynie na wolny skręt głowy tak, że jego wzrok spoczął na wierzchołku zapory znajdującej
się już prawie sześć metrów pod nim. Ci sami dwaj patrolujący wartownicy, którzy przedtem tak
chciwie nasłuchiwali, znowu przystanęli, spojrzeli w dół na wąwóz rzeki, wymienili niespokojne
spojrzenia, wzruszyli niepewnie ramionami i podjęli obchód. Mallory znów zaczął się wspinać.
Zwiększył tempo. Znikome na początku wspinaczki punkty oparcia dla palców nóg i rąk
ustąpiły po części miejsca niewielkim szczelinom w skale, w które był już w stanie tu i ówdzie
wsunąć hak, na którym mógł się oprzeć znacznie pewniej, niż bez niego. Kiedy po raz kolejny się
zatrzymał i spojrzał w górę, zobaczył, że najwyżej dwa metry nad nim biegnie podłużna
szczelina, której szukał i która rzeczywiście, tak jak wcześniej powiedział Millerowi, była
jedynie szczeliną. Znów zaczął się wspinać, ale znieruchomiał, nadstawiając ucha w niebo.
Z początku ledwie słyszalny wśród huczących wód Neretvy i sporadycznych strzałów z
broni ręcznej dobiegających z Przełęczy Zenicy, ale wzbierający na sile z każdą upływającą
sekundą, odezwał się niski, odległy grzmot, dzwięk łatwo rozpoznawalny dla wszystkich, którzy
go słyszeli w czasie wojny, dzwięk obwieszczający przelot eskadr flotylli ciężkich bombowców.
Mallory wsłuchał się w szybko zbliżający się hałas mnóstwa silników samolotowych i
uśmiechnął się do siebie.
Wielu ludzi uśmiechnęło się do siebie tej nocy słysząc nadlatujące z zachodu eskadry
lancasterów. Miller, który nadal stał na drabinie starając się z całych sił nie spojrzeć w dół, zdołał
uśmiechnąć się do siebie, podobnie jak Groves u stóp drabiny i Reynolds przy wiszącym moście.
Na prawym brzegu Neretvy Andrea uśmiechnął się do siebie, uznając, że szybko zbliżający się
ryk silników idealnie zagłuszy każdy niepożądany dzwięk, i wyjął zza pasa jeszcze jeden granat.
Wysoko na płaskowyżu Ivenici, przed namiotem, w którym gotowano zupę, stojący na
szczypiącym mrozie pułkownik Vis i kapitan Vlanović wymienili radosne uśmiechy i uroczyście
uścisnęli sobie dłonie. Za południowymi redutami Kotła Zenicy Generał Vukalović i trzej jego
wyżsi oficerowie, pułkownik Janzy, pułkownik Laszlo i major Stefan, przynajmniej raz tej nocy
odjęli od oczu lornetki, przez które już tak długo obserwowali most na Neretvie oraz złowieszcze
lasy po drugiej jego stronie i z pełną niedowierzania ulgą uśmiechnęli się jeden do drugiego. No a
 co najdziwniejsze  siedzący już w swoim wozie sztabowym tuż na skraju lasu na południe
od mostu generał Zimmermann uśmiechnął się być może najszerzej ze wszystkich.
Mallory znów zaczął się wspinać, poruszając się teraz jeszcze szybciej, dotarł do
podłużnej szczeliny w skale, podciągnął się w górę ponad nią, wcisnął w odpowiednią szczelinę
hak i wyjął zza pasa młotek, gotów czekać. W dalszym ciągu znajdował się zaledwie nieco ponad
dwanaście metrów nad zaporą, a hak, który pragnął wbić w skałę, wymagał niejednego
uderzenia, ale kilkunastu, w dodatku mocnych  absurdem było łudzić się, że nawet pośród
zbliżającego się grzmotu silników lancasterów nikt nie usłyszy metalicznych odgłosów wbijania.
Huk silników samolotowych potężniał już teraz z każdą chwilą.
Mallory zerknął w dół. Miller gapił się w górę, stukając w zegarek, tak jak tylko potrafi to
zrobić ktoś, kto oburącz obejmuje stopień drabiny, i ponaglając go gestami. Mallory potrząsnął
na to głową i wolną ręką dał mu znak, żeby się opanował. Miller z rezygnacją pokręcił głową.
Lancastery przelatywały już nad nim. Pierwszy bombowiec śmignął jak strzała na ukos
ponad zaporą, wzbił się nieco wyżej po jej drugiej stronie zbliżając do wysokich gór, a potem
ziemia zatrzęsła się i zanim jeszcze pośrodku Przełęczy Zenicy wybuchła pierwsza seria
tysiącfuntowych bomb, po powierzchni zalewu rozeszły się nierówno rozedrgane zmarszczki
ciemnej wody. Od tej chwili wybuchy bomb sypiących się na przełęcz następowały tak szybko
po sobie, że były prawie ciągłe, a jeśli nawet zdarzały się pomiędzy nimi krótkie przerwy, to
wypełniały je nieustanne dudniące echa, które huczały w górach i dolinach Bośni.
Mallory nie musiał się już dłużej martwić o hałasy, wątpił nawet, czy usłyszałby własny [ Pobierz całość w formacie PDF ]